wtorek, 20 sierpnia 2013
Wakacje
Przedszkole, do którego uczęszczają Diablice od dziś do 2 września zamknęło swe podwoje. Zaczęły się więc, tak bardzo wyczekiwane, zwłaszcza przez Starszą, wakacje. Przez szanownych rodziców troszkę mniej upragnione, ale to taki szczegół mały.
Dzień zaczął się bardzo miło - strzelającą na wszystkie strony pampersa, a później i bodziaka, i przescieradła, kupą Ssaka. Właściwie to nie wiem czy to jeszcze wirus krąży pi jelitach czy może zęby idą albo inne dziadostwo. Fakt, faktem, że kupa duża, a po niej spać się delikwentowi nie chciało, nie zważając kompletnie, zw na zegarze dopiero 5 rano wskazuje... Trochę sie chłopak pozbawił, trochę pośpiewał, bo ostatnio uwielbia ćwiczyć swój głosik, zwłaszcza w tych wyższych rejestrach, aż w końcu zaczął nerwy pokazywać czyli spać mu się zechciało kilka minut po 6. Ale to nie takie proste, bo cosik cycuś nie odpowiada, drugi też nie. Smoczek ble, bez smoczka krzyk, ale jakoś w końcu udało się spacyfikowac Ssaka. Nie minęło jednak pół godziny, gdy Panny zaczęły wypełzać ze swej ciemni. I oczywiście z okrzykiem takim jakby co najmniej jedna drugiej palce poobcinała. Oj jak miałam ochotę porozstawiać po wszystkich kątach w domu, ale wiedziałam, że skończy się to wielkim rykiem już nie na dwa a na trzy głosy. Szybko więc zaciągnęłam je do ich jaskini i udobruchałam bajkami. Długo laba nie trwała, bo Młody śpi jak mysz pod miotłą i zaraz się obudził. Pierwszy dzień poligonu czas zacząć.
Śniadanie obyło się bez większych dramatów, jedynie okazało się, że Starsza jednak chciała jajo, zamiast wcześniej ustalonej bułki z dżemem. Po śniadaniu bez awantury zgodziła się założyć legginsy, a nie wykłócała się o sukienkę, tylko bluzka jej nie odpowiadała. Ale tu autorytetem okazał się jedna Tatuś i uwierzyła w to, iż świetnie w tej bluzce wygląda i na dodatek modnie. W związku z tym, ze dziś wtorek, dzień targowy, poszliśmy na ryneczek, uzupełnić braki w warzywach i owocach. Ładne wrzosy zaczynają już gościć na stoiskach, ale to tak na marginesie :-( Potem zakupy innych produktów spożywczych w sklepie, zwanym przez niektórych biedulą i powrót do domu. Na bank i to jak najszybciej trzeba Młodszej kupić kalosze. Dziś cały czas padało, a ona zamiast iść, to najnormalniej w świecie skakała w kałuże. Spodnie mokre do kolan...
Na drugie śniadanie zażyczyły sobie pączki z marmoladą, po czym w domu okazało się, że Młodsza nie lubi, cieTakawe...
Po drzemce Młodszej,i krótkim przesunięciu oczu przez Ssaka wyszliśmy na dwór. Diablice nawet ok, chciały podziałac coś artystycznie, ale Ssak nie chciał dziś kompletnie współpracować. Choć właściwie go rozumiem, bo przecież, gdy one chodzily do przedszkola, to on miał w tym czasie spacer i dłuższe spanie. Pan Mąż zorganizował sobie jakieś spotkanie odnośnie pracy, więc ani jednym Wampirkiem nie mógł się zająć. Na dworze mokro, plac zabaw w błocie, więc trzeba było coś innego wymyślić, by wszystkich zadowolić. Bieganie po parku. Dosłownie, bo gdy tylko weszliśmy na tereny zielone, Dziewczynom się motorki włączyły. Same sobie wymyśliły zabawę w chowanego i obskoczyły większość krzaków w parku. Trawa oczywiście mokra, ale co tam grunt, że zabawa dobra, a Ssak może chwilę pospać. Gdy się znudziło i zaczęły za bardzo zbliżać się do strumyczka, mały bi mały, ale nogi zmoczyć można, a Młodsza i bez tego znów mocno kaszle, trzeba było wymyślić coś bezpiecznego i ciekawego. Kasztany i żołędzie jeszcze nie spadają z drzew, ale drzewa też da się "wykorzystać". Bo przecież, żeby duże rosłdzieci muszą drzewa przytulić, więc tuliły chętnie. Czasem razem, czasem osobno, ale większość drzew i drzewek rosnących na naszej drodze została przytulona, a nawet obdarzona przez Młodszą miłym "Jak się masz?" :-D
Nawet fajny był ten dzień.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz