Rano było nawet znośnie. W planach był jak zwykle wypad na ryneczek razem z dziatwa. Najmłodszy nie miał co do tego najmniejszych oporów, ba nawet swym marudzeniem oznajmiał, by się z tym szykowaniem pośpieszyć. Jednak Laski coś nie za bardzo na tak były - norma ;-).
W końcu Starsza oznajmiła, że ona wcale iść nie chce, a Młodsza raz chciała, raz nie - typowe zdecydowanie dwulatka B-) Podstawą, jednak aby cokolwiek postanawiać w kwestii pójścia , bądź niepójścia, było posprzątanie pokoju. To była dopiero 9 rano, ale jak się wstaje o 6.30 to dużo można zdziałać. Niestety żadna się nie kwapiła do tego, a Młodsza dodatkowo jeszcze porozwalała magnesy po podłodze, więc w końcu o 9.20 wyszłam sama, tzn z Ssakiem.
Jakżeby miało być inaczej, Lilek zauważywszy, że się ubieram, a Najmłodszy już czeka w gondoli, podniosła lament. Ale słowo się rzekło i twardą trzeba być, więc wyszłam nieugięta. Jeszcze wychodząc z klatki słyszałam te wołania " z mamusią, z mamusią na lynek". Twardam, nieprawdaż? Nie, nie, nie zawsze taka jestem. Czasami poddaję się lamentom i ze złowrogo brzmiącym "ostatni raz" ciągnę chlipajło ze sobą. Ale dziś byłam wkurzona na Pana Męża i nie chciałam by za spokojnie mu ten poranek minął. Wcześniej mu jajka, kurze co by nie było, prawie spaliłam B-).
Na ryneczku jak zwykle milusio. Tu warzywka, tam malinki, wiśnie na kompocik, u miłego pana jaja - kurze, rzecz jasna, na dodatek wiejskie, 70 gr sztuka :-D Spotkanie koleżanek, obejrzenie kilku sadzonek na balkon, tym razem ze smutkiem wielkim nie kupiłam, ale i tak czasu by nie było by to obrobić, a w taki upał szybko by padły :-( Humorek mi się poprawił i nawet ludzkie uczucia do Pana Męża i Diablic się pojawiły, więc skoro Syn spał, to można było pomyśleć o wzięciu Młodych na spacer. A niech se Stary odpocznie, mało spał dziś w końcu. Ale najpierw ma zamieść mieszkanie, zmyć podłogę w łazience i kibelku - bo tam jak zawsze pełno wody nachlapane i ślady brudne :-S. Jeszcze niech wywiesi pranie i złoży to co zdejmie i może odpoczywać. Jeśli Mu czasu oczywiście wystarczy :@
A Diablice o dziwo w drodze na plac zabaw grzeczne, na placu zabaw się słuchają, nawet Syn, mimo ze nie śpi, nie płacze. Dzień dobroci dla matki, czy co?
Ale żeby nie było za pięknie, Młodsza za minut kilkadziesiąt zaczyna lamenty, więc szykujemy odwrót. Zmęczona jest i choć protestuje bardzo, idzie spać utulona przez Tatulka.
Na dworze ukrop, więc na razie nie ma co myśleć o spacerze. Może około 17 na chwilę na rowery wyskoczymy. Ale jeździć będą Diablice, a właściwie Werka, bo Lilke dopiero będziemy uczyć jazdy na biegowym.
Co więc tu robić? Ssak śpi, więc trzeba znaleźć ciche zajęcie. Pomalujemy farbami! Super, entuzjazm niesie się po całym domu - cholipa Młody śpi!!! Malują. Wercia łąkę, później jezioro a Lila tworzy swoje krajobrazy. Jako drugi rysunek poprosiłam, by namalowała coś kolorem, który najbardziej jej się podoba. Przystąpiła ochoczo do pracy i całą kartkę zamalowała swoim ulubionym kolorem... Czarnym... Rowery oczywiście były. Starsza jak cię mogę, pojeździła trochę. Młodsza usiadła, nogi do góry i pchaj ją. Coś tam trochę poodpychała się swoimi stopami, ale szybko się zmęczyły i na plac zabaw trzeba było pójść odpocząć. Odpoczywały oczywiście tylko rowery... Biegacz zawitał zatem w naszym domu i Młodsza będzie teraz opracowywać prowadzenie go w linii prostej samodzielnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz