niedziela, 4 sierpnia 2013

Kompocik

Z Ssakiem na początku nie było łatwo. Po wyjściu ze szpitala, za chwilę znów w nim wylądowaliśmy, gdyż żółtaczka nasilała się. Tam ulokowano Go w całodobowym solarium na oddziale intensywnej terapii noworodka, a dla mnie zabrakło miejsca w hoteliku dla matek. Notabene nazwa bardzo wygórowana, gdyż w rzeczywistości to sala na oddziale położniczym, w której znajdowały się "aż" 3 łóżka. W związku z tym ja, matka dojna, musiałam zostawiać tygodniowego Ssaka na noce samego. Serce się kroiło, cyce pękały, ale co to interesuje pracowników naszej Służby Zdrowia. Umrzeć mu przecież nie dadzą, bo mleka sztucznego mają pełne szafki (nie ważne, ze prawie za każdym razem dzieciak dostawał co innego). Mało istotne było to, że przy takim trybie życia, zmęczeniu i ogólnej frustracji, problemy z laktacją murowane. Who cares... I zaczęły się problemy z brzuszkiem, kolki, ciągłe noszenie na rekach i płacze, które wydawało się, że nigdy nie ustają. A wieczorne usypianie to był hardcore. Szkoda czasu i miejsca by o tym pisać, bo lepiej szybko zapomnieć, ale warto nadmienić, by docenić to co i jak teraz jest, że praktycznie codziennie wieczorne usypianie trwało 3 godziny i to przy akompaniamencie głośnych krzyków. Właściwie przez przypadek, a tak naprawdę przez chorobę Ssaka i Najstarszej, przez, a właściwie dzięki sympatycznemu bardzo (co się rzadko zdarza) doktorowi z pogotowia odstawiliśmy całkiem dokarmianie mlekiem z puszki. O dziwo, nie było to takie trudne, a Ssak zaczął się lepiej czuć. Dni mijały ciszej, ręce mogły częściej odpocząć (choć to za sprawą chusty przede wszystkim), a wieczorne usypianie trwało coraz krócej. A dziś właściwie potrzebna byłam tylko jako dojna matka, bo po odłożeniu do kołyski nie musiałam doopci klepać. Zasnął sam, bawiąc się i przytulając chwilę Płaskiego Królika. Zasnął sam... Dorośleje mój chłopak...
Dziś ukropu ciąg dalszy był. Dlatego już po 9 wydelegowałam Pana Męża na dwór z całą Trójcą. Wychodząc był nawet zadowolony, czego nie można powiedzieć o powrocie... No ale jak już rzekłam, ukrop był, a Ssak nie za bardzo lubi takie klimaty. Dał więc koncert klasyczny, a delikatne zmysły Pana Męża, dodatkowo wyczulone od alergii, nie za bardzo rozkochały się w tych delicjach ;-) Ja za to czerpiąc przyjemność z błogiej ciszy w domu, nie chciałam jej mącić nawet muzyką z wypasionego sprzętu szanownego małżonka i oddałam się pracom domowym. Najważniejsza to zaparzenie kawy :-D Ugotowałam też kompocik z wczoraj zakupionych wiśni.
Gdy się przeprowadzaliśmy rok temu do tego mieszkania, postanowiłam sobie korzystać bardzo z dobrodziejstw bliskości ryneczku i zajęcie się przetwórstwem na skalę mikro. Niech moje dzieci jedzą zdrowo, bez zbędnych dodatków w postaci E ileś tam. Te "kurzodomowe" zapędy zweryfikował Ssak i dzisiejszy kompot jest pierwszym przetwórczym dziełem. No ale choć zdrowy "soczek" moje Diablice będą mogły pić w te ukropy.
Kilo wiśni, umytych oczywiście, wsypałam do gara, zasypałam połową szklanki cukru, dodałam kilka gałązek mięty z balkonowej uprawy. Po 20 minutach zalałam wodą w ilości 3,5 litra, dodałam trochę cynamonu (najlepszy byłby w lasce, ale z braku laku i proszek był dobry) i gotowałam na wolnym ogniu około 20 minut. Jak dla mnie wyszedł super i gdyby nie strach o brzuch Ssaka, pewnie zaraz po przestygnięciu wypiłabym z połowę sama. Ale przynajmniej dziatwa będzie miała więcej tego nektaru. Starsza od razu po wejściu do kuchni poprosiła pić soku. Pięknie wygląda wypluty kompot na podłodze... Młodsza widząc reakcję poprzedniczki zapobiegawczo poprosiła "piciu wodę"... Na szczęście Panu Mężowi smakowało, więc na najbliższe dni ma już co pić B-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz