wtorek, 20 sierpnia 2013
Wakacje
Przedszkole, do którego uczęszczają Diablice od dziś do 2 września zamknęło swe podwoje. Zaczęły się więc, tak bardzo wyczekiwane, zwłaszcza przez Starszą, wakacje. Przez szanownych rodziców troszkę mniej upragnione, ale to taki szczegół mały.
Dzień zaczął się bardzo miło - strzelającą na wszystkie strony pampersa, a później i bodziaka, i przescieradła, kupą Ssaka. Właściwie to nie wiem czy to jeszcze wirus krąży pi jelitach czy może zęby idą albo inne dziadostwo. Fakt, faktem, że kupa duża, a po niej spać się delikwentowi nie chciało, nie zważając kompletnie, zw na zegarze dopiero 5 rano wskazuje... Trochę sie chłopak pozbawił, trochę pośpiewał, bo ostatnio uwielbia ćwiczyć swój głosik, zwłaszcza w tych wyższych rejestrach, aż w końcu zaczął nerwy pokazywać czyli spać mu się zechciało kilka minut po 6. Ale to nie takie proste, bo cosik cycuś nie odpowiada, drugi też nie. Smoczek ble, bez smoczka krzyk, ale jakoś w końcu udało się spacyfikowac Ssaka. Nie minęło jednak pół godziny, gdy Panny zaczęły wypełzać ze swej ciemni. I oczywiście z okrzykiem takim jakby co najmniej jedna drugiej palce poobcinała. Oj jak miałam ochotę porozstawiać po wszystkich kątach w domu, ale wiedziałam, że skończy się to wielkim rykiem już nie na dwa a na trzy głosy. Szybko więc zaciągnęłam je do ich jaskini i udobruchałam bajkami. Długo laba nie trwała, bo Młody śpi jak mysz pod miotłą i zaraz się obudził. Pierwszy dzień poligonu czas zacząć.
Śniadanie obyło się bez większych dramatów, jedynie okazało się, że Starsza jednak chciała jajo, zamiast wcześniej ustalonej bułki z dżemem. Po śniadaniu bez awantury zgodziła się założyć legginsy, a nie wykłócała się o sukienkę, tylko bluzka jej nie odpowiadała. Ale tu autorytetem okazał się jedna Tatuś i uwierzyła w to, iż świetnie w tej bluzce wygląda i na dodatek modnie. W związku z tym, ze dziś wtorek, dzień targowy, poszliśmy na ryneczek, uzupełnić braki w warzywach i owocach. Ładne wrzosy zaczynają już gościć na stoiskach, ale to tak na marginesie :-( Potem zakupy innych produktów spożywczych w sklepie, zwanym przez niektórych biedulą i powrót do domu. Na bank i to jak najszybciej trzeba Młodszej kupić kalosze. Dziś cały czas padało, a ona zamiast iść, to najnormalniej w świecie skakała w kałuże. Spodnie mokre do kolan...
Na drugie śniadanie zażyczyły sobie pączki z marmoladą, po czym w domu okazało się, że Młodsza nie lubi, cieTakawe...
Po drzemce Młodszej,i krótkim przesunięciu oczu przez Ssaka wyszliśmy na dwór. Diablice nawet ok, chciały podziałac coś artystycznie, ale Ssak nie chciał dziś kompletnie współpracować. Choć właściwie go rozumiem, bo przecież, gdy one chodzily do przedszkola, to on miał w tym czasie spacer i dłuższe spanie. Pan Mąż zorganizował sobie jakieś spotkanie odnośnie pracy, więc ani jednym Wampirkiem nie mógł się zająć. Na dworze mokro, plac zabaw w błocie, więc trzeba było coś innego wymyślić, by wszystkich zadowolić. Bieganie po parku. Dosłownie, bo gdy tylko weszliśmy na tereny zielone, Dziewczynom się motorki włączyły. Same sobie wymyśliły zabawę w chowanego i obskoczyły większość krzaków w parku. Trawa oczywiście mokra, ale co tam grunt, że zabawa dobra, a Ssak może chwilę pospać. Gdy się znudziło i zaczęły za bardzo zbliżać się do strumyczka, mały bi mały, ale nogi zmoczyć można, a Młodsza i bez tego znów mocno kaszle, trzeba było wymyślić coś bezpiecznego i ciekawego. Kasztany i żołędzie jeszcze nie spadają z drzew, ale drzewa też da się "wykorzystać". Bo przecież, żeby duże rosłdzieci muszą drzewa przytulić, więc tuliły chętnie. Czasem razem, czasem osobno, ale większość drzew i drzewek rosnących na naszej drodze została przytulona, a nawet obdarzona przez Młodszą miłym "Jak się masz?" :-D
Nawet fajny był ten dzień.
sobota, 17 sierpnia 2013
Paw
Mijają nam dni, a właściwie wieczory pod znakiem pawia.
Wszystko zaczęło się od Pana Męża. Choć właściwie oOn nie wymiotował, ale przez kilka dni bolał Go brzuch, szczególnie wątroba, po jedzeniu mocno wzdymało i biegał często do toalety. Podwyższona temperatura, osłabienie i takie tam. We czwartek byliśmy wszyscy na urodzinach Lelosia - wiadomo tort, ciasta z kremem, cukierki. Wszystko było ok do mniej więcej 21. Wtedy to Młodsza, która zdążyła dopiero co zasnąć, zaczęła strasznie płakać. Gdy wpadłam do pokoju dziewczyn, zobaczyłam ją leżąca na poduszce pełnej wymiocin i wciąż wywołującą. Wykąpałam ją, przybrałam, posadziłam u tatusia na kolanach, posprzatałam w pokoju i wzięłam ja, żeby zanieść do łóżka, bozdążyła zasnąć. Gdy tylko przekroczyłyśmy próg pokoju znów się zaczęło. Nie kładłam jej więc, tylko siedziałam z nią w salonie. Jeszcze kilka razy dopadało ją, ale w końcu o 1.30 udało się ją położyć do łóżka i na szczęście pawie odpuściły. Na następny dzień jeszcze narzekała na ból brzucha, ale niespodzianek nie było, oprócz tego, ze kupki rzadkie. Wercia też trochę narzeka na ból brzucha i kupki rzadkie, ale na szczęście nie wymiotowała jeszcze. Niestety dopadło Ssaka. Od kilku dni kupale rzadkie, zielone, a dziś wymiotował. Pierwszy raz zrobił to bardzo "subtelnie". Na placu zabaw, gdzie byliśmy z Diablicami, podniosłam go do góry, a wtedy poleciała mi centralnie na twarz wieksza zawartość na szczęście małego żołądka. Oczywiście nie powiązałam tego z chorobą, tylko z wygłupami, ale niestety po 21 zaczął swoje zabawy z pawiem. Teraz czuwam przy jego kolysce i boję się pójść spać, bo co chwila go rwie...
Na szczęście on i dziewczynki byli szczepieni przeciwko rotawirusom, więc mam nadzieję, ze jutro, tak jak u Lili, będzie już ok...
wtorek, 13 sierpnia 2013
Forma
Ostatnie dni są dla mnie ciężkie. Niby wszystko jest prawie normalnie, a jednak sił mi braknie na normalne funkcjonowanie. Najchętniej spałabym cały dzień, niestety nie dla mnie te luksusy, choć nie powiem korzystam czasami z drzemek Ssaka i śpię razem z nim. A wieczorami i tak jestem tak zmęczona, że nie mogę zasnąć. I humoru brak, i cierpliwości brak, i gderliwa jeszcze bardziej się zrobiłam... W domu ogarnięte tylko tyle o ile, obiad zrobiony zawsze, ale robię taki, by przygotowanie nie zajęło mi więcej niż pół godziny. Dziś zrobiłam "gulasz" z cukinii, papryki, pieczarek i mięsa mielonego z koncentratem. Do tego ryż i pycha, a przede wszystkim sycący obiadek.
Chyba muszę odwiedzić swoją panią doktor i zrobić choćby podstawowe badania,może jakimiś witaminkami dam radę się podrasować.
A propos chorób, Pana Męża rozłożyło. Od kilku dni chodził, marudził, ze tu Go boli, tam strzyka, że wszystkie mięśnie, narządy wewnętrzne i zewnętrzne Go bolą. Że ma drgawki, że Mu zimno, że się poci itd, itp. Wczoraj już Go zmogło na maksa. Gorączka wysoka, ból głowy, brzucha. Prawie cały dzień spał, choć i zdrowy potrafi tak ;-) Spał w gabinecie, choć to właściwie z powodu naszej wspólnej różnicy zdań na różne tematy. Podobno nie mógł spać całą noc, podobno męczyła Go wysoka gorączka. Wierzę Mu, dlaczego by nie, dlatego dziewczynki ja zawiozłam do przedszkola. Pan Mąż do lekarza poszedł po południu. Oczywiście nie wiadomo co Mu jest, choć początkowo pani dr podejrzewała zapalenie opon mózgowo - rdzeniowych, ale w końcu stanęło na problemach jelitowych. Dostał pyralgin w zastrzyku, oczywiście jak to chłop, prawie zemdlał, w domu przyjął zalecone lekarstwa i mam nadzieję, że szybko Mu przejdzie. Choć nie powiem, nie jest bardzo upierdliwy, chyba ja tym razem jestem bardziej i woli siedzieć cicho ;-)
czwartek, 8 sierpnia 2013
Pobudka
5.30 codziennie o tej porze budzą nas słodkie bączki i kwiecisty zapach zawartości pieluszki Ssaka. Po chwili włącza siJego słodki glosik, więc wiadomo, że spać On już nie zamierza, a i nam nie ma ochoty pozwolić. Zresztą po kilku minutach i tak przychodzi reszta Stada i zaczynają się zacięte dyskusje o to, która ma się położyć koło Ssaka, nie szczędząc też sobie rękoczynów. Miły dzień czas zacząć. Na szczęście o 6.50 Dziewczyny opuszczają razem z Tatulkiem Kurnik, by zdążyć na autobus wiozący do przedszkola o 7.06. Wtedy zw Ssakiem można się jeszcze położyć.
Ale dziś Ssak przegiął na całej linii urządzając pobudke o 4 rano!!! I nawet w głowie mu nie było by znów zasnąć, nażeby choć cicho się zachowywać, by biedni Starzy mogli sobie pokimać do tej 6. Widać więc, ze nowe pokolenie terroryzmu się już uaktywniło. A Laski spały w najlepsze, choć Starsza próbował się wgramolić do małżeńskiego łoża, zwabiona nawoływaniem Ssaka o 5. Na szczęście dała się spacyfikować obietnicą czekoladki przed wyjściem do przedszkola. I tak to jest, jak śpią One, to On nie śpi i odwrotnie. Gdy o 6.50 Kurnik trochę opustoszal, pełna nadziei na sen, ulokowałam się ze Ssakiem w łożu. Dałam to co Ssaki lubią najbardziej, czyli cycy i liczyłam na długi, smaczny sen. Jednak po pół godzinie Terrorysta znów poczuł nieodpartą chęć oddania stolca i tyle było ze spania. Oj nerw łapał mocny, zwłaszcza, ze i On czuł się niewyspany i cały czas koncerty klasyczne uskutecznial. W końcu o 10.15 udało mi się go "przydusic" i tym razem pospalismy do 13 :-) Nawet Szanowny Pan Mąż się z nami wyciągnął na legowisku. Dobrze, ze w lodówce stała zrobiona wczoraj pyszna zupka jarzynowa na żeberkach i łosoś z grilla z sosem czosnkowym,.więc i ja i Pan Mąż mieliśmy co jeść. Choć mój Szanowny i tak narzeka, ze białka za mało jada, no ale cóż życie, nie można mieć wszystkiego ;-)
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Kwoka
Ssak skończył dziś 4 miesiące. Uwielbia być noszony na rączkach, ale wyrodna matka kładzie go czasem na kocach na podłodze, obkłada zabawkami, grzechotkami i próbuje co nieco w domu ogarnąć czy jadło jakieś przygotować. Dość często spotyka się to z wielkim niezadowoleniem Ssaka, choć bywają też momenty, gdy wydaje się być nawet rad ze spoziomowania. Dziś także chcąc ugotować obiad położyłam Go na kocu tak aby miał mnie na oku, a i żebym ja mogła Go doglądać :) Protestu nie było, nawet zaczął ochoczo rozglądać się za zabawkami. Tak się kręcił i wykręcał, że udało Mu się przekręcić na brzuch! Trochę się denerwował, bo wredna ręka nie chciała wyjść spod brzucha i powrócił do pozycji wyjściowej. Drugie podejście zakończyło się sukcesem! Mój Ssak przekręcił się na brzuch całkiem samodzielnie :D Mało tego, zaczął się kręcić jak wskazówki zegara (choć w odwrotną stronę) i odrywać ręce od podłoża, robiąc tzw. kołyskę :O Skubany, szybko opanowuje te sztuczki :) A wieczorem znów potrzebował mnie jako jadłodajni, a odłożony do kołyski zasnął sam, oczywiście na brzuchu :D
Kręcenie się w wyrku ma po swoich siostrach. Jakie one pozycje przybierają śpiąc i że im tak wygodnie ;) A może właśnie niewygodnie im i dlatego potem w dzień takie nieznośne są? Wiem, wiem, w końcu to dzieci, więc i ruchliwe, i krzykliwe, ale dlaczego właśnie moje nie mogą być inne ;) Nie, nie narzekam, bo Stadko mam cudowne, mądre, sprytne i takie, co już teraz wiadomo, że w życiu sobie poradzi. Nie zamieniłabym więc ich na żadne inne, choć czasami gderam, kwiczę, krzyczę i mówię, że dość mam.
To ja, przysiadłszy na grzędzie 5 lat temu, gderliwa się ostatnio zrobiłam. Sama siebie takiej nie lubię, ale to jest silniejsze często ode mnie i gdaczę na te moje Diablicę, gdaczę na Pana Męża, gdaczę i na psa, choć on potulny leży sobie gdzieś w kąciku. Tylko jego kudłów wszędzie pełno, cholera jasna :S
No i przysiadłam te 5 lat temu na grzędzie, by doglądać Kurcząt, co by się dobrze chowały (tylko wtedy nikt by nie przypuszczał, że to Trójca będzie), by ogarniać dom, co by się w chlew nie zamienił, by dbać i pilnować Koguta, co by do innego kurnika nie zaglądał. Generalnie jest mi tak dobrze, czuję, że to moja życiowa rola i że chyba po to mnie Bóg stworzył, ale czasami trochę to przygniata. Marzyłam o dzieciach, długo się o nie staraliśmy (choć o Ssaka wcale ;)), a teraz czasami chciałabym znaleźć się na wyspie bezludnej. W końcu każde dziecko (i kobieta) marzy aby słodycze móc jeść non stop (i by nie szło w boczki), tylko że po chwili okaże się, że ma się większą ochotę na kolorowego pawia, niż na kolejną czekoladkę. Może właśnie ostatnio za mało mnie we mnie. Ciągle myślę o Trójcy, o Panu Mężu, o obiedzie i nie pozamiatanej podłodze, na której pełno czarnych, labradorowych kudłów. Potrzebuję małego azylu, czegoś gdzie będę mogła być sama ze sobą, gdzie moje myśli będą moje i o mnie. Chciałabym znaleźć małe zajęcie, które pozwoli mi odłączyć myślenie od Kurnika. Myślałam o testowaniu produktów, w firmach specjalizujących się w marketingu szeptanym (mam już w tym pewne doświadczenie, bo testowałam wózek spacerowy X-landera, zabawki Fisher Price i kilka mniejszych produktów), ale ostatnio nie załapuję się na żadne kampanie :(
I nic innego nie pozostaje Kwoce, jak gdakać w tym swoim Kurniku ;)
Kręcenie się w wyrku ma po swoich siostrach. Jakie one pozycje przybierają śpiąc i że im tak wygodnie ;) A może właśnie niewygodnie im i dlatego potem w dzień takie nieznośne są? Wiem, wiem, w końcu to dzieci, więc i ruchliwe, i krzykliwe, ale dlaczego właśnie moje nie mogą być inne ;) Nie, nie narzekam, bo Stadko mam cudowne, mądre, sprytne i takie, co już teraz wiadomo, że w życiu sobie poradzi. Nie zamieniłabym więc ich na żadne inne, choć czasami gderam, kwiczę, krzyczę i mówię, że dość mam.
To ja, przysiadłszy na grzędzie 5 lat temu, gderliwa się ostatnio zrobiłam. Sama siebie takiej nie lubię, ale to jest silniejsze często ode mnie i gdaczę na te moje Diablicę, gdaczę na Pana Męża, gdaczę i na psa, choć on potulny leży sobie gdzieś w kąciku. Tylko jego kudłów wszędzie pełno, cholera jasna :S
No i przysiadłam te 5 lat temu na grzędzie, by doglądać Kurcząt, co by się dobrze chowały (tylko wtedy nikt by nie przypuszczał, że to Trójca będzie), by ogarniać dom, co by się w chlew nie zamienił, by dbać i pilnować Koguta, co by do innego kurnika nie zaglądał. Generalnie jest mi tak dobrze, czuję, że to moja życiowa rola i że chyba po to mnie Bóg stworzył, ale czasami trochę to przygniata. Marzyłam o dzieciach, długo się o nie staraliśmy (choć o Ssaka wcale ;)), a teraz czasami chciałabym znaleźć się na wyspie bezludnej. W końcu każde dziecko (i kobieta) marzy aby słodycze móc jeść non stop (i by nie szło w boczki), tylko że po chwili okaże się, że ma się większą ochotę na kolorowego pawia, niż na kolejną czekoladkę. Może właśnie ostatnio za mało mnie we mnie. Ciągle myślę o Trójcy, o Panu Mężu, o obiedzie i nie pozamiatanej podłodze, na której pełno czarnych, labradorowych kudłów. Potrzebuję małego azylu, czegoś gdzie będę mogła być sama ze sobą, gdzie moje myśli będą moje i o mnie. Chciałabym znaleźć małe zajęcie, które pozwoli mi odłączyć myślenie od Kurnika. Myślałam o testowaniu produktów, w firmach specjalizujących się w marketingu szeptanym (mam już w tym pewne doświadczenie, bo testowałam wózek spacerowy X-landera, zabawki Fisher Price i kilka mniejszych produktów), ale ostatnio nie załapuję się na żadne kampanie :(
I nic innego nie pozostaje Kwoce, jak gdakać w tym swoim Kurniku ;)
niedziela, 4 sierpnia 2013
Kompocik
Z Ssakiem na początku nie było łatwo. Po wyjściu ze szpitala, za chwilę znów w nim wylądowaliśmy, gdyż żółtaczka nasilała się. Tam ulokowano Go w całodobowym solarium na oddziale intensywnej terapii noworodka, a dla mnie zabrakło miejsca w hoteliku dla matek. Notabene nazwa bardzo wygórowana, gdyż w rzeczywistości to sala na oddziale położniczym, w której znajdowały się "aż" 3 łóżka. W związku z tym ja, matka dojna, musiałam zostawiać tygodniowego Ssaka na noce samego. Serce się kroiło, cyce pękały, ale co to interesuje pracowników naszej Służby Zdrowia. Umrzeć mu przecież nie dadzą, bo mleka sztucznego mają pełne szafki (nie ważne, ze prawie za każdym razem dzieciak dostawał co innego). Mało istotne było to, że przy takim trybie życia, zmęczeniu i ogólnej frustracji, problemy z laktacją murowane. Who cares... I zaczęły się problemy z brzuszkiem, kolki, ciągłe noszenie na rekach i płacze, które wydawało się, że nigdy nie ustają. A wieczorne usypianie to był hardcore. Szkoda czasu i miejsca by o tym pisać, bo lepiej szybko zapomnieć, ale warto nadmienić, by docenić to co i jak teraz jest, że praktycznie codziennie wieczorne usypianie trwało 3 godziny i to przy akompaniamencie głośnych krzyków. Właściwie przez przypadek, a tak naprawdę przez chorobę Ssaka i Najstarszej, przez, a właściwie dzięki sympatycznemu bardzo (co się rzadko zdarza) doktorowi z pogotowia odstawiliśmy całkiem dokarmianie mlekiem z puszki. O dziwo, nie było to takie trudne, a Ssak zaczął się lepiej czuć. Dni mijały ciszej, ręce mogły częściej odpocząć (choć to za sprawą chusty przede wszystkim), a wieczorne usypianie trwało coraz krócej. A dziś właściwie potrzebna byłam tylko jako dojna matka, bo po odłożeniu do kołyski nie musiałam doopci klepać. Zasnął sam, bawiąc się i przytulając chwilę Płaskiego Królika. Zasnął sam... Dorośleje mój chłopak...
Dziś ukropu ciąg dalszy był. Dlatego już po 9 wydelegowałam Pana Męża na dwór z całą Trójcą. Wychodząc był nawet zadowolony, czego nie można powiedzieć o powrocie... No ale jak już rzekłam, ukrop był, a Ssak nie za bardzo lubi takie klimaty. Dał więc koncert klasyczny, a delikatne zmysły Pana Męża, dodatkowo wyczulone od alergii, nie za bardzo rozkochały się w tych delicjach ;-) Ja za to czerpiąc przyjemność z błogiej ciszy w domu, nie chciałam jej mącić nawet muzyką z wypasionego sprzętu szanownego małżonka i oddałam się pracom domowym. Najważniejsza to zaparzenie kawy :-D Ugotowałam też kompocik z wczoraj zakupionych wiśni.
Gdy się przeprowadzaliśmy rok temu do tego mieszkania, postanowiłam sobie korzystać bardzo z dobrodziejstw bliskości ryneczku i zajęcie się przetwórstwem na skalę mikro. Niech moje dzieci jedzą zdrowo, bez zbędnych dodatków w postaci E ileś tam. Te "kurzodomowe" zapędy zweryfikował Ssak i dzisiejszy kompot jest pierwszym przetwórczym dziełem. No ale choć zdrowy "soczek" moje Diablice będą mogły pić w te ukropy.
Kilo wiśni, umytych oczywiście, wsypałam do gara, zasypałam połową szklanki cukru, dodałam kilka gałązek mięty z balkonowej uprawy. Po 20 minutach zalałam wodą w ilości 3,5 litra, dodałam trochę cynamonu (najlepszy byłby w lasce, ale z braku laku i proszek był dobry) i gotowałam na wolnym ogniu około 20 minut. Jak dla mnie wyszedł super i gdyby nie strach o brzuch Ssaka, pewnie zaraz po przestygnięciu wypiłabym z połowę sama. Ale przynajmniej dziatwa będzie miała więcej tego nektaru. Starsza od razu po wejściu do kuchni poprosiła pić soku. Pięknie wygląda wypluty kompot na podłodze... Młodsza widząc reakcję poprzedniczki zapobiegawczo poprosiła "piciu wodę"... Na szczęście Panu Mężowi smakowało, więc na najbliższe dni ma już co pić B-)
Dziś ukropu ciąg dalszy był. Dlatego już po 9 wydelegowałam Pana Męża na dwór z całą Trójcą. Wychodząc był nawet zadowolony, czego nie można powiedzieć o powrocie... No ale jak już rzekłam, ukrop był, a Ssak nie za bardzo lubi takie klimaty. Dał więc koncert klasyczny, a delikatne zmysły Pana Męża, dodatkowo wyczulone od alergii, nie za bardzo rozkochały się w tych delicjach ;-) Ja za to czerpiąc przyjemność z błogiej ciszy w domu, nie chciałam jej mącić nawet muzyką z wypasionego sprzętu szanownego małżonka i oddałam się pracom domowym. Najważniejsza to zaparzenie kawy :-D Ugotowałam też kompocik z wczoraj zakupionych wiśni.
Gdy się przeprowadzaliśmy rok temu do tego mieszkania, postanowiłam sobie korzystać bardzo z dobrodziejstw bliskości ryneczku i zajęcie się przetwórstwem na skalę mikro. Niech moje dzieci jedzą zdrowo, bez zbędnych dodatków w postaci E ileś tam. Te "kurzodomowe" zapędy zweryfikował Ssak i dzisiejszy kompot jest pierwszym przetwórczym dziełem. No ale choć zdrowy "soczek" moje Diablice będą mogły pić w te ukropy.
Kilo wiśni, umytych oczywiście, wsypałam do gara, zasypałam połową szklanki cukru, dodałam kilka gałązek mięty z balkonowej uprawy. Po 20 minutach zalałam wodą w ilości 3,5 litra, dodałam trochę cynamonu (najlepszy byłby w lasce, ale z braku laku i proszek był dobry) i gotowałam na wolnym ogniu około 20 minut. Jak dla mnie wyszedł super i gdyby nie strach o brzuch Ssaka, pewnie zaraz po przestygnięciu wypiłabym z połowę sama. Ale przynajmniej dziatwa będzie miała więcej tego nektaru. Starsza od razu po wejściu do kuchni poprosiła pić soku. Pięknie wygląda wypluty kompot na podłodze... Młodsza widząc reakcję poprzedniczki zapobiegawczo poprosiła "piciu wodę"... Na szczęście Panu Mężowi smakowało, więc na najbliższe dni ma już co pić B-)
sobota, 3 sierpnia 2013
Upał
Rano było nawet znośnie. W planach był jak zwykle wypad na ryneczek razem z dziatwa. Najmłodszy nie miał co do tego najmniejszych oporów, ba nawet swym marudzeniem oznajmiał, by się z tym szykowaniem pośpieszyć. Jednak Laski coś nie za bardzo na tak były - norma ;-).
W końcu Starsza oznajmiła, że ona wcale iść nie chce, a Młodsza raz chciała, raz nie - typowe zdecydowanie dwulatka B-) Podstawą, jednak aby cokolwiek postanawiać w kwestii pójścia , bądź niepójścia, było posprzątanie pokoju. To była dopiero 9 rano, ale jak się wstaje o 6.30 to dużo można zdziałać. Niestety żadna się nie kwapiła do tego, a Młodsza dodatkowo jeszcze porozwalała magnesy po podłodze, więc w końcu o 9.20 wyszłam sama, tzn z Ssakiem.
Jakżeby miało być inaczej, Lilek zauważywszy, że się ubieram, a Najmłodszy już czeka w gondoli, podniosła lament. Ale słowo się rzekło i twardą trzeba być, więc wyszłam nieugięta. Jeszcze wychodząc z klatki słyszałam te wołania " z mamusią, z mamusią na lynek". Twardam, nieprawdaż? Nie, nie, nie zawsze taka jestem. Czasami poddaję się lamentom i ze złowrogo brzmiącym "ostatni raz" ciągnę chlipajło ze sobą. Ale dziś byłam wkurzona na Pana Męża i nie chciałam by za spokojnie mu ten poranek minął. Wcześniej mu jajka, kurze co by nie było, prawie spaliłam B-).
Na ryneczku jak zwykle milusio. Tu warzywka, tam malinki, wiśnie na kompocik, u miłego pana jaja - kurze, rzecz jasna, na dodatek wiejskie, 70 gr sztuka :-D Spotkanie koleżanek, obejrzenie kilku sadzonek na balkon, tym razem ze smutkiem wielkim nie kupiłam, ale i tak czasu by nie było by to obrobić, a w taki upał szybko by padły :-( Humorek mi się poprawił i nawet ludzkie uczucia do Pana Męża i Diablic się pojawiły, więc skoro Syn spał, to można było pomyśleć o wzięciu Młodych na spacer. A niech se Stary odpocznie, mało spał dziś w końcu. Ale najpierw ma zamieść mieszkanie, zmyć podłogę w łazience i kibelku - bo tam jak zawsze pełno wody nachlapane i ślady brudne :-S. Jeszcze niech wywiesi pranie i złoży to co zdejmie i może odpoczywać. Jeśli Mu czasu oczywiście wystarczy :@
A Diablice o dziwo w drodze na plac zabaw grzeczne, na placu zabaw się słuchają, nawet Syn, mimo ze nie śpi, nie płacze. Dzień dobroci dla matki, czy co? Ale żeby nie było za pięknie, Młodsza za minut kilkadziesiąt zaczyna lamenty, więc szykujemy odwrót. Zmęczona jest i choć protestuje bardzo, idzie spać utulona przez Tatulka.
Na dworze ukrop, więc na razie nie ma co myśleć o spacerze. Może około 17 na chwilę na rowery wyskoczymy. Ale jeździć będą Diablice, a właściwie Werka, bo Lilke dopiero będziemy uczyć jazdy na biegowym. Co więc tu robić? Ssak śpi, więc trzeba znaleźć ciche zajęcie. Pomalujemy farbami! Super, entuzjazm niesie się po całym domu - cholipa Młody śpi!!! Malują. Wercia łąkę, później jezioro a Lila tworzy swoje krajobrazy. Jako drugi rysunek poprosiłam, by namalowała coś kolorem, który najbardziej jej się podoba. Przystąpiła ochoczo do pracy i całą kartkę zamalowała swoim ulubionym kolorem... Czarnym... Rowery oczywiście były. Starsza jak cię mogę, pojeździła trochę. Młodsza usiadła, nogi do góry i pchaj ją. Coś tam trochę poodpychała się swoimi stopami, ale szybko się zmęczyły i na plac zabaw trzeba było pójść odpocząć. Odpoczywały oczywiście tylko rowery... Biegacz zawitał zatem w naszym domu i Młodsza będzie teraz opracowywać prowadzenie go w linii prostej samodzielnie.
W końcu Starsza oznajmiła, że ona wcale iść nie chce, a Młodsza raz chciała, raz nie - typowe zdecydowanie dwulatka B-) Podstawą, jednak aby cokolwiek postanawiać w kwestii pójścia , bądź niepójścia, było posprzątanie pokoju. To była dopiero 9 rano, ale jak się wstaje o 6.30 to dużo można zdziałać. Niestety żadna się nie kwapiła do tego, a Młodsza dodatkowo jeszcze porozwalała magnesy po podłodze, więc w końcu o 9.20 wyszłam sama, tzn z Ssakiem.
Jakżeby miało być inaczej, Lilek zauważywszy, że się ubieram, a Najmłodszy już czeka w gondoli, podniosła lament. Ale słowo się rzekło i twardą trzeba być, więc wyszłam nieugięta. Jeszcze wychodząc z klatki słyszałam te wołania " z mamusią, z mamusią na lynek". Twardam, nieprawdaż? Nie, nie, nie zawsze taka jestem. Czasami poddaję się lamentom i ze złowrogo brzmiącym "ostatni raz" ciągnę chlipajło ze sobą. Ale dziś byłam wkurzona na Pana Męża i nie chciałam by za spokojnie mu ten poranek minął. Wcześniej mu jajka, kurze co by nie było, prawie spaliłam B-).
Na ryneczku jak zwykle milusio. Tu warzywka, tam malinki, wiśnie na kompocik, u miłego pana jaja - kurze, rzecz jasna, na dodatek wiejskie, 70 gr sztuka :-D Spotkanie koleżanek, obejrzenie kilku sadzonek na balkon, tym razem ze smutkiem wielkim nie kupiłam, ale i tak czasu by nie było by to obrobić, a w taki upał szybko by padły :-( Humorek mi się poprawił i nawet ludzkie uczucia do Pana Męża i Diablic się pojawiły, więc skoro Syn spał, to można było pomyśleć o wzięciu Młodych na spacer. A niech se Stary odpocznie, mało spał dziś w końcu. Ale najpierw ma zamieść mieszkanie, zmyć podłogę w łazience i kibelku - bo tam jak zawsze pełno wody nachlapane i ślady brudne :-S. Jeszcze niech wywiesi pranie i złoży to co zdejmie i może odpoczywać. Jeśli Mu czasu oczywiście wystarczy :@
A Diablice o dziwo w drodze na plac zabaw grzeczne, na placu zabaw się słuchają, nawet Syn, mimo ze nie śpi, nie płacze. Dzień dobroci dla matki, czy co? Ale żeby nie było za pięknie, Młodsza za minut kilkadziesiąt zaczyna lamenty, więc szykujemy odwrót. Zmęczona jest i choć protestuje bardzo, idzie spać utulona przez Tatulka.
Na dworze ukrop, więc na razie nie ma co myśleć o spacerze. Może około 17 na chwilę na rowery wyskoczymy. Ale jeździć będą Diablice, a właściwie Werka, bo Lilke dopiero będziemy uczyć jazdy na biegowym. Co więc tu robić? Ssak śpi, więc trzeba znaleźć ciche zajęcie. Pomalujemy farbami! Super, entuzjazm niesie się po całym domu - cholipa Młody śpi!!! Malują. Wercia łąkę, później jezioro a Lila tworzy swoje krajobrazy. Jako drugi rysunek poprosiłam, by namalowała coś kolorem, który najbardziej jej się podoba. Przystąpiła ochoczo do pracy i całą kartkę zamalowała swoim ulubionym kolorem... Czarnym... Rowery oczywiście były. Starsza jak cię mogę, pojeździła trochę. Młodsza usiadła, nogi do góry i pchaj ją. Coś tam trochę poodpychała się swoimi stopami, ale szybko się zmęczyły i na plac zabaw trzeba było pójść odpocząć. Odpoczywały oczywiście tylko rowery... Biegacz zawitał zatem w naszym domu i Młodsza będzie teraz opracowywać prowadzenie go w linii prostej samodzielnie.
piątek, 2 sierpnia 2013
Zaczynamy
Gdy zaczęliśmy starania o pierwsze dziecko pojawił się pomysł pisania pamiętnika dla Niego. Pamiętnik powstał w wersji papierowej.
Gdy zaczęły się starania o rodzeństwo, nie było inne możliwości, jak tylko ta by zacząć pisać i dla tego Kropka. Pamiętnik powstał także w wersji papierowej.
Gdy dowiedziałam się, że los obdarzył nas jeszcze jednym szczęściem i jestem po raz 3 w ciąży, powstał kolejny papierowy pamiętnik.
Założenie zawsze było takie, by zapisywać jak najwięcej zdarzeń, by to co przeżywamy dziś, było wspominane w przyszłości. Pamiętniki te mają być głównym prezentem na osiemnaste urodziny każdego z naszych dzieci. Dlatego też zapiski te są prowadzone i będą cały czas w formie papierowej. Jednak nie oszukujmy się, troje dzieci (najstarsze ma 4 lata, najmłodsze 4 miesiące), trzy zeszyty, mąż, pies i dom na głowie, to nie lada wyzwanie. Dlatego w końcu chyba dojrzałam do tego, by założyć bloga.
Nie ma on być zastępstwem dla wresji papierowych, ma być dla nich ściągą. Łatwiej jest złapać chwilę i w telefonie czy komputerze sklecić jakiś post, niż rozsiąść się z zeszytami, kolorowymi długopisami i napisać wszystko tak, by potem być z tego zadowolonym ;) Poza tym tu można łatwo dodać zdjęcia, co jeszcze lepiej zobrazuje całość.
To chyba tyle tytułem wyjaśnienia :)
Mam 36 lat. Jestem szczęśliwą żoną Męża i mamą słodko - gorzkiej trójeczki. Choć nie pracuję zawodowo, jestem Mamą na pełnym etacie. Bo jak nazwać to czym się zajmuję, jak nie pracą? Na razie mi za to płacą, bo mam jestem na macierzyńskim na najmłodszego Ssaka, ale już za chwilę, już za momencik nie będzie tak różowo. No cóż, wierzę jednak, że to co teraz włożę w tę rozbrykaną trójkę, zwróci mi się z nawiązką.
Weronika ur. 06.02.2009
Liliana ur. 07.03.2011
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)